Żegnajcie obcasy... Podczas rajdów potrzebuję butów na bardzo cienkiej podeszwie. Chodzi o to, by stopa doskonale czuła sprzęgło, hamulec i gaz. Wąskie spódnice zamieniam na wygodne spodnie i przestaję martwić się fryzurą, która ginie pod kaskiem. Właściwie tracę płeć. Kobiecość, która bywa atutem w kontaktach biznesowych, za kierownicą nie ma znaczenia.
Jestem Izka... Koledzy z rajdów są zupełnie inni niż współpracownicy, dla których jestem "panią Izą". Pracuję z nauczycielami, lektorami, spokojnymi ludźmi, z którymi miło rozmawia się o metodyce. Rajdowcy to czasem wariaci. Dla nich jestem kumpelą, Izką. Bywają i tacy ambitni, którzy nie potrafi ą pogodzić się, że wygrała z nimi kobieta. Zdarzało się, że znajomy, który miał na OS-ie gorszy czas, nie odpowiedział na moje "cześć".
Ważna równowaga... W firmie bywają dni, gdy nie mam czasu na lancz. Ustawiam pracę nauczycieli, tłumaczy, załatwiam sprawy. Konkurencja jest duża, więc wprowadziłam do oferty duński, japoński. Wracam do domu najwcześniej o 20, to koszt bycia "na swoim". W trudnych chwilach dla równowagi zerkam na swoje puchary. Trochę ich zdobyłam. Kiedy projektowano mój gabinet, zastrzegłam, że muszę mieć miejsce na trofea. Żebym w środku zwariowanego dnia mogła sobie przypomnieć: oprócz pracy mam moje drugie ja. I jestem dobra na dwóch polach.
Co powie tata... Mama woli mnie oglądać w wersji bizneswoman – rozumie pasję, ale się boi. Dlatego przed każdym startem mówię: Obiecuję, że będę jechała powoli. I śmiejemy się obie.
Tata jest za. Zaskoczyli mnie dziadkowie. Żebyśmy z siostrą nie musiały jeździć na rajd "na kołach", czyli samochodem, który weźmie udział w wyścigu, kupili nam w prezencie... lawetę.
Czasem słyszę... Może już pora na męża, dziecko? Nie. Jeszcze chcę poszaleć. Gdy siedzę za biurkiem, bombardują mnie sygnały: tamten splajtował, ten nie ma pieniędzy na reklamę, ktoś zwalnia ludzi. Czuję, że jest kryzys. Za kierownicą przestaję o nim myśleć. Koncentruję się tylko na tym, by jak najszybciej dotrzeć do mety. Jadę na maksa po drodze między drzewami. Właściwie lecę nad szutrem, taką mam prędkość. Gdy nieprecyzyjnie zahamuję przed zakrętem, sunę bokiem na drzewo. To są ułamki sekund, nie ma czasu myśleć, więc działam instynktownie. Wychodzę z opresji, rzucam się w następną prostą. Mam świetny czas. Skaczę z radości, czuję, że żyję. Kryzys? Jaki kryzys? ...